Niech uwierzą, że ciepłe dni nigdy nie przeminą

 

 

 

    Moja żona jest najpiękniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. Zachowuje elegancję nawet siedząc w kucki na krześle, w szarym dresie i zmęczonym podkoszulku, świeżo ochlapanym ryżem z warzywami przyniesionym chwilę wcześniej z knajpki na parterze naszego budynku.

    Zauważa, że nie jem i gapię się na nią, przewraca oczami i posyła mi zmęczony uśmiech. Przekręca w moją stronę swojego laptopa. Pod zdjęciem jednej z większych galerii w mieście widnieje informacja o postępowaniu, wszczętym przez policję w sprawie jednej z wystawionych tam prac. Chodzi o obraz, który bez większej promocji umieszczono w małej, bocznej sali. Wejście do niej przesłonięto białą kotarą, a obok wywieszono komunikat ostrzegający, że wewnątrz znajduje się przedstawienie koszmaru, które sprowadzi śmierć na każdego kto na nie spojrzy.

    W drugiej części artykułu znalazłem kilka komentarzy. Policja twierdziła, że obraz został dokładnie zbadany i nie stwierdzono niczego niezwykłego. Skonfundowani kuratorzy tłumaczyli, że cała sytuacja była jedynie grą z odbiorcą, postawieniem w nietypowej sytuacji z pogranicza żartu i grozy, całkiem zresztą skuteczną, ponieważ wiele osób faktycznie nie przekraczało białej kotary. Drwili zapewne sami z siebie, nie umiera się przecież od spojrzenia na obraz. Ale nie wchodzili.

    Przytaczano również opinie kilku serwisów związanych ze sztuką, opublikowane jeszcze przed wybuchem całego zamieszania. Utrzymane były one w żartobliwym lub krytycznym tonie i skupiały się raczej na rozważaniach na temat samej inscenizacji, a nie obrazu. Wypowiedzi artysty brakowało, jak również jakichkolwiek informacji na jego temat, poza pseudonimem: Shin.

    Szacunkowa liczba gości galerii, którzy zmarli w ciągu ostatniego tygodnia, dobiegała już dwustu osób.

 

- Dziwaczne, co?

- Przypomniała mi się Azja.

- Twoja przyjaciółka, która umarła?

- Cóż, byliśmy nie tylko przyjaciółmi.

- Wiem, wiem, nie frapuj się. Przypomniała ci się przez tę akcję z obrazem?

- Przez ten opis, o koszmarze. Może pamiętasz, mówiłem, że ona była bardzo pogodna. Wiedziała, że zostało jej pół roku życia, ale nie użalała się, poświęcała innym uwagę, poszukiwała doznań, które niosłyby poczucie wartości. Ale w ostatnich tygodniach, kiedy w zasadzie rzadko wstawała z łóżka, było gorzej. Pewnej nocy, kiedy przy niej siedziałem, jednej z tych podczas których wszystko się z niej wylewało, powiedziała właśnie coś takiego. O koszmarze. Że żyła i zobaczyła koszmar.

    Poczułem dotyk jej stopy na swojej.

- Co Azja pomyślałaby o morderczym obrazie?

- Nie wiem. Może, że to nie obraz zabija. A potem pewnie wysłałaby tam kogoś, żeby sprawdzić co się stanie.

 

    Siedziałem na kanapie, pijąc pierwszą kawę i przeglądając wiadomości, kiedy wróciła z biegania. Trzasnęły drzwi, buty uderzyły o szafkę i wylądowały na podłodze. W locie ściągnęła z siebie sportową koszulkę i usiadła na mnie, liżąc po szyi, podsuwając pierś do ust. Pierwszy raz kochaliśmy się szybko, drugi, pod prysznicem, powoli. Później długo malowaliśmy i trochę czytaliśmy, słuchając, o losie, Janaczka. Wieczorem obejrzeliśmy film. Mnie się podobał, jej nie.

    W tym czasie detektyw prowadzący śledztwo w sprawie obrazu Shina wyskoczył przez okno na dziewiątym piętrze, a jego zastępcę potrąciła ciężarówka.

 

    Niespecjalnie za tym przepadając, wciąż jeżdżę do pracy komunikacją miejską. Najpierw autobusem z mieszkania do jednego z węzłów, metrem przez rzekę i drugim pod samo studio. Ludzie zaczepiają mnie sporadycznie, to plus. To, że w ogóle są, to minus. Cierpliwości nie dodaje również rozpoczęcie dnia od odkrycia, że ma się zepsute słuchawki.

    Od razu zauważyłem, że ktoś znów włamał się do miejskiego systemu informacyjnego, by wyświetlać w komunikacji rzekome przedstawienia obrazu Shina. Większość z nich była absurdalnie naiwna, ale niektóre robiły wrażenie, lub chociaż robiłyby je, gdyby nie były słabej jakości obrazkami. Z drugiej strony, nie wiadomo w ogóle czy cyfrowa reprezentacja posiada tę samą siłę co oryginał. Nic bezpośrednio nie wskazywało, aby te przedstawienia odnosiły jakikolwiek efekt, patrzyliśmy wszyscy, nie upadał nikt. Nie przeszkodziło to jednak fali samobójstw wyrobić dziesięcioletnią normę w ciągu miesiąca.

    W dużym kiosku na stacji metra kupiłem zbyt drogie i zbyt słabe słuchawki. Sprzedała mi je nieładna dziewczyna, wyglądająca jakby ledwo zwlokła się z łóżka, chociaż był już wieczór. Jej wyglądający na zabijakę szef stał tuż obok, ale zapytała czy nie lepiej wyjść na górę, do centrum handlowego, gdzie dostanę lepsze słuchawki i to z gwarancją. W pobliżu tej stacji nie ma żadnego centrum handlowego.

    Musimy stracić z oczu to kim jesteśmy, aby dowiedzieć się czym być możemy. Sam nie wiem jak chcę żyć, ale wiem jak nie.

 

 

    W środku tygodnia wybrałem się na koncert. Po występie pierwszego zespołu rozmawiałem z jego wokalistą, osobą stosunkowo podobną do mnie, choć pierwsze wrażenie mogłoby być diametralnie inne. Był świadom sytuacji z obrazem, jak wiele osób na świecie, ponieważ pomimo nieusankcjonowanego skonfiskowania, a później rzekomego zniszczenia dzieła, dziwaczna umieralność rozprzestrzeniała się wszędzie.

    W drodze do mieszkania, niełatwej nocą, przez całe miasto, dotarłem do ostatniego ze swoich autobusów. Wsiadł do niego również stary, mamroczący do siebie mężczyzna. Mówił o wojnie na której był, o tym jak było i jak jest, o tym, że jest stary. Jak rzadko kiedy byłem w nastroju, by porozmawiać z taka osobą, ale był na to zbyt pijany. Jakaś cześć mnie chciała by poważniej mnie zaczepił, oblał alkoholem albo zwymiotował obok. Złapałbym go za fraki i powiedział, że czasem spotyka się kogoś, kogo nie należy wkurwiać i że to właśnie ja. Zawsze chciałem mieć okazję to powiedzieć.

    Kiedy spojrzałem na wiszący obok niego kontroler biletów, aby sprawdzić godzinę, uniósł aluminiową puszkę, chcąc się podzielić, bo sam pił już trzeci tydzień i miał trochę dosyć. Odmówiłem parsknięciem i wyszedłem w zimną już noc.

    Tego wieczora byłem sam, więc po powrocie do mieszkania zjadłem kolację i położyłem się do łóżka. Leżałem tak przez kilka godzin, po czym zgasiłem światło i zasnąłem.

 

 

    Spadł pierwszy śnieg. Chciałbym, żeby zasypał wszystko i na zawsze, ale w rzeczywistości po raz kolejny musiałem odbyć poranne rytuały i wsiąść do autobusu. W pierwszym etapie drogi do studia miałem do wyboru dwie linie i dopiero tego dnia zrozumiałem, dlaczego zawsze wolałem jedną z nich. W tej drugiej mianowicie autobusy zawsze były starego typu, pełne przeciągów i nieustających hałasów. Nieopatrznie wsiadłem jednak do jednego z nich, by kilkadziesiąt sekund później poczuć, usłyszeć i zobaczyć jak zderza się z rozpędzoną ciężarówką. Stałem na samym jego środku, więc choć kilkanaście ton stali przeleciało tuż obok mnie, oś wzdłuż której okręcił się pojazd wypadła właśnie na mnie. Nie zdążyłem się nawet porządnie przewrócić, czego nie można było powiedzieć o wielu innych osobach. Część z nich musieli wynieść ratownicy, którzy szybko przybyli na miejsce z pobliskiego szpitala. A ja? Ja jak najszybciej znalazłem kolejny autobus i zostawiłem za sobą połamanych staruszków.

    Nieczułe? Kurwa, w ogóle.

 

 

    Całe moje ciało nieustannie boli. Przez długi czas podświadomie uznawałem to za normalne doświadczenie wszystkich ludzi, ale z czasem zrozumiałem, że inne ciała nie posiadają tej cechy, a przynajmniej wiele z nich jej nie posiada. Wraz z uświadamianiem sobie tej różnicy nasilało się odczuwanie bólu, jak wtedy gdy się skaleczymy, ale nie czujemy rany dopóki jej nie obejrzymy.

    Całe moje ciało nieustannie boli i chcę, aby inni również doznali tego bólu.

 

 

    Popołudniowym, i na południe jadącym, nowoczesnym pociągiem wydostałem się z głośnego dworca, na którym lśniące posadzki i przeszklone przejścia nie maskowały smrodu pałętających się po nim ludzi. Wewnątrz pociągu było przyjemnie ciepło i cicho. Eleganckie, drewniane wykończenia i granatowe wykładziny, prane zapewne na koniec każdego dnia. Niewielu współpasażerów, większość ludzi jeżdżących takimi pociągami o tej porze była przecież w pracy. W zgodzie z własnym, niechcianym zresztą, zwyczajem, nie wyjąłem nawet przygotowanej na podróż książki, tylko założyłem słuchawki i wpatrywałem się w przelatujące za oknem widoki, zapewne jeszcze zastanawiając się czy dla zewnętrznego obserwatora wyglądałbym wystarczająco romantycznie. Ostatnie przebłyski świata nastoletniej wyobraźni, dogorywanie prostych, niepewnych gestów. Ziemia potrafi być piękna, jeśli wie się od czego odwracać wzrok.

    Wysiadłem na ostatniej stacji, w starym, wypełnionym historiami o żyjących tu kiedyś artystach miasteczku, nieuchronnie przemienianym w turystyczną wydmuszkę pełną stoisk ze śmieciami. Nie znosiłem większej jego części znacznie bardziej niż uwielbiałem pozostałą. Bez zwłoki ruszyłem na przystanek, ale autobus, którym mógłbym dotrzeć do kolejnej mieściny właśnie odjechał, a na następny trzeba by czekać ponad godzinę. Wszedłem więc na drogę i zacząłem powoli, ale stanowczo wspinać się pod górę, by już po chwili z jednej strony mieć zbocze góry, a po drugiej urwisko prowadzące wprost do oceanu. Nienawidziłem czekać, a atmosfera tej drogi zawsze mnie uspokajała.

    Przez kolejne miasteczko przeszedłem nie zatrzymując się w ogóle i wkroczyłem na leśne przejścia. Kilka minut później stanąłem przed ukrytym przed spojrzeniem świata domem, nowoczesnym w każdym aspekcie, ale próbującym raczej współistnieć ze swoim otoczeniem niż się mu narzucać. Wiem, że wielu osobom wydałby się groźny, mnie jednak kojarzył się ze spokojem, jakby pełen był tych zapachów, które przywołują wspomnienia, których nawet się nie posiada i których zawsze szukamy i nigdy nie znajdujemy, i które zawsze sprawiają wrażenie wartościowych, kiedy nagle pojawią się na ułamek sekundy.

    Gdy wszedłem do środka, moja żona już tam była, siedziała przy biurku w salonie, pisząc coś chyba. Gdy mnie zobaczyła przestała robić cokolwiek robiła, sięgnęła po leżące na krześle obok ciepłe ubrania, po czym wzięła mnie za rękę.

- Chodźmy od razu - powiedziała.

    Wyszliśmy więc na zimny wieczór i zaczęliśmy iść pod górę.

 © 2018 by Maciek Stepniewski